poniedziałek, 19 czerwca 2017

La vita è bella

Truskawki na śniadanie, truskawki na obiad, truskawki na kolację. Do lemoniady, ciasta, sałatki, jako koktajl i sorbet - truskawki dobre na każdą okazję... Wydawało się, że po rekordowo zimnej wiośnie nic z tego nie będzie, a tu nagle zrobiło się super truskawkowo. Nie wiem jak u was, ale u mnie plony są rekordowe, a smak wyjątkowo słodki. Oczywiście moje dwa metry kwadratowe truskawek nie pokrywają wszystkich truskawkowych potrzeb w sezonie i na dżemy raczej ich nie przerobię, ale na bieżące potrzeby w wystarczą. Wygrzanej słońcem truskawki prosto z krzaczka nie da się niczym zastąpić.







Jeden zbiór truskawek z dwóch metrów kwadratowych



Trzeci sezon truskawki rosnącej w kostce tarasowej


Doczekałam się też czerwonych porzeczek. Dwudziestu kilku :) Na początek dobre i to.




W warzywniku było bardzo kiepsko. Ani to, co posiałam w marcu i kwietniu, ani rozsada nie chciały rosnąć. Nawet mi już przez myśl przeszło, żeby go zlikwidować, ale wzięłam się do roboty, podsypałam kompostem (pojawił się w marketach), podlałam biohumusem, dodałam naturalny nawóz z... owczej wełny (ciekawe co nie?) i roślinki ruszyły z miejsca.
 




Bób został w tym roku zmasakrowany przez mszyce. Już miałam coś podziałać, ale zobaczyłam na nim biedronki i dałam sobie spokój. Coś niecoś zaczyna się na nim pojawiać, więc może jakieś plony z tego będą.





Przy okazji większych zmian, o których będzie poniżej na tarasie pojawiła się ogromna skrzynia - warzywnik. Na razie testuję czy taki warzywnik się sprawdzi. Póki co pierwsze efekty są obiecujące.


 


Po pożegnaniu z tulipanami i azalią w ogródku zrobiło się trochę pusto i przez kilka tygodni dominującym kolorem była soczysta zieleń przełamana jedynie przez majestatyczne kule czosnków. Samosiejki naparstnic w tym roku jeszcze nie zakwitły, więc kupiłam na targu kilka kwitnących sztuk, żeby wypełnić przestrzeń. Zupełnie niespodziewanie rozszalały się róże. I to jest ogromna niespodzianka, bo po zimie wszystkie wyglądały dość marnie i byłam przekonana, że solidnie zmarzły. Tymczasem po radykalnym wiosennym cięciu i dokarmieniu nawozem długodziałającym do róż zaczęły dziać się cuda. Nawet bezimienna marketowa róża, którą już dawno skazałam na straty, bo od kilku lat prawie w ogóle nie kwitła, pokazała wreszcie na co ją stać. Bez przekonania przesadziłam ją jesienią na puste miejsce na rabacie i nawet jakoś szczególnie nie okryłam. Chyba spasowało jej nowe miejsce.
Od połowy czerwca do ogródka wracają wreszcie kolory. Kwitnie szałwia, dzwonki i cynie, które znowu posadziłam w donicach. Powoli otwierają się ostróżki, a lada dzień będzie można podziwiać przetaczniki, przetacznikowce i szałwię muszkatołową, która okazała się biała (co jest dla mnie sporym rozczarowaniem po półtora roku czekania).  Zakwitła już nawet pierwsza jeżówka. Póki co koloru dodają kompozycje kwiatów doniczkowych, których jakoś sporo w tym roku wsadziłam, choć obiecałam sobie, że tego nie zrobię. Jakoś tak wyszło. Zdjęć na razie nie mam. Jeśli ładnie się rozrosną, to może pokażę je następnym razem.



Róża Bonica

Róża pnąca New Dawn

Bezimienna róża z marketu













Po wielu przemyśleniach i przeprowadzeniu stosownej kampanii informacyjnej wśród sąsiadów zdecydowaliśmy się wreszcie na wielki krok w naszym ogródku - posadziliśmy drzewa. Przygotowania trwały długo. W poszukiwaniu donic przejrzeliśmy nieskończone zasoby internetu, a za drzewkami zjeździliśmy kilka podkrakowskich szkółek. Wybór był bardzo ograniczony, a największą trudność mieliśmy w znalezieniu czegoś co zmieści się gabarytowo, ale jednocześnie będzie wyglądać jak drzewo, a nie jak kulka lub kilka gałązek na długim patyku.  I tak metodą eliminacji, pożegnaliśmy się z cudnej urody dereniami, wiązami i klonami, a przygarnęliśmy trzy rajskie jabłonki Lemonei. Drzewka całkowicie zmieniły przestrzeń wokół nas i wywołały spore zainteresowanie. Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że będą dobrze rosły i że nie będą to ostatnie drzewka na tym osiedlu.


Lepsze niż jakakolwiek siłownia

Zapraszamy do środka


Widok z ulicy

Mój widok z tarasowej kanapy


Widok z okna pani Zosi


Pod drzewkami zupełnie przypadkiem powstały ciekawe kompozycje. Przypadkiem, bo w wyniku przesadzenia roślin, które wcześniej dość bezładnie rosły w różnych częściach ogródka. W jednej ze starych skrzynek na tarasie miałam golterie. Kupione jako dekoracja na Boże Narodzenie, nie tylko przetrwały zimę, ale zaczęły się pięknie rozrastać, więc żal mi było je wyrzucić. W drugiej tawułkę chińską, która w ciągu czterech lat pięknie mi się z jednej roślinki rozrosła się w cztery dodatkowe. W trzeciej skrzynce pomiędzy siewkami bratków dusiły się krzewinki, które chyba też są jakąś odmianą tawuły. Do tego doszła kupiona kiedyś na ZtŻ pęcherznica kalinolistna Little Angel, która do tej pory czekała sobie wsadzona w kąciku obok berberysów i krzew migdałka. Kombinowałam, przestawiałam i jakoś tak mi się to wszystko razem ułożyło. A że zostało kilka pustych miejsc dołożyłam jakaś niską bylinkę z marketu, która nawet nie miała nazwy oraz tymianek i rozmaryn, które stały sobie na półce w doniczkach. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w pobliskim markecie rzucili akurat przepiękną bordową trawę Uncinia Rubra, która idealnie mi tą składankę uzupełniła. 








Lubię sobie co roku zerknąć na zdjęcia z pierwszych tygodni po przeprowadzce i porównać z tym, jak ogródek wygląda teraz. To już taka moja mała tradycja. Kiedy przypominam sobie od czego zaczynaliśmy w 2013 to wszystko wydaje mi się wręcz niemożliwe.


Pierwszy sezon mojego ogródka i zabawna tendencja do robienia wysepek na środku trawnika.


I tak sobie teraz wieczorkami siadam na tarasie i patrzę na to zielone dobro wokół mnie. Czasem nawet uda mi się z sąsiadkami wysączyć kieliszek wina doprawionego poziomkami lub truskawkami prosto z krzaczka. Myślę sobie wtedy "La vita è bella".


















sobota, 27 maja 2017

Otwieramy się na świat


Gdyby można było zamknąć w takiej lampie Aladyna najpiękniejsze i najbardziej ulotne momenty roku, sporo z nich pochodziłoby właśnie z maja. Zawsze żałowałam, że nie mam wtedy urodzin i coś chyba jest na rzeczy, bo wiele osób, które są mi bliskie i które bardzo lubię urodziło się właśnie w tym miesiącu. Dla ogrodnika to chyba najważniejszy miesiąc roku. Odliczamy do niego dni, jak na szpilkach wyczekujemy zimnych ogrodników, a po ustąpieniu ich mroźnego oddechu ruszamy biegiem na rabatki. Ogrodowy pejzaż zmienia się jak w kalejdoskopie. Każdego dnia nieco inny, każdego dnia bujniejszy.


Największą gwiazdą ogródka jest teraz kalina. Co prawda trzeba było stoczyć zażartą walkę z mszycami (i mrówkami), a gałęzie przeciążone ciężkimi od deszczu kwiatostanami trochę się pochyliły ku ziemi, ale nieodparty urok białej chmurki rekompensuje wszelkie przeciwności losu. Niemal codziennie ktoś mnie pyta jak się nazywa to cudo.


Kalina

Kalina
 
Po dwóch latach niepowodzeń znowu udało mi się  uzyskać pięknie kwitnące anemony. Nadal nie jestem pewna dlaczego te, które miałam kiedyś zanikły, a potem wszystkie, które sadziłam w ogóle nie wyrastały. Póki co cieszę się tym, co jest.  







Natomiast orliki rozsiewają się jak szalone i muszę się ich pozbywać, bo szybko zdominowałyby całą przestrzeń. Tej wiosny po raz pierwszy mam okazje zobaczyć w moim ogródku efekty ich krzyżowania się. Pojawiła się zupełnie nowa roślinka, w której połączył się kolor orlika niemal czarnego z kształtem niebieskiego. To tej mieszanki dosadziłam jeszcze różowego Nora Barlow i zobaczymy co z tego powstanie za kilka lat. 
 
Tata orlik

Mama orlik

Baby orlik - efekt krzyżówki.

 
Cudownie zakwitła mi w tym roku azalia. Niektórzy sąsiedzi pytali nawet czy znowu kupiłam coś nowego i nie mogli się nadziwić, że to ten sam krzaczek, który rośnie w tym miejscu od kilku lat. To właściwie jedna z pierwszych roślin, jakie posadziłam. Wygląda na to, że regularne podsypywanie fusami z kawy bardzo jej służy.







Postanowiłam przesadzić ją na inne miejsce, bo  rozrosła się na tyle, że zaczyna przytłaczać rabatę. Do tego kiepsko komponuje się z otaczającymi ją roślinami, czyli czerwono-żółto-pomarańczowymi tulipanami i bylinami, które są tak wysokie, że częściowo ją przysłaniają. Na jesień przeniosę ją więc bliżej tarasu, gdzie jej spektakularna różowość będzie pięknie wyeksponowana. 





Swoją drogą powyższe zdjęcia zrobione zostały w odstępie zaledwie dwóch tygodni. Kilkanaście dni różnicy, a wydaje się, że to zdjęcia dwóch zupełnie różnych miejsc. 

To już ostatnia okazja w tym roku, żeby powspominać tulipany. Wyjątkowo zimny maj był wymarzonym miesiącem, aby się nimi nacieszyć i podziwiać nowe cebulkowe gwiazdy. Czarne tulipany nie były aż tak ciemne, jak sugerują ich nazwy, ale w połączeniu z bielą i pastelowym różem robiły niesamowite wrażenie.


Tulipan Black Hero

Tulipan Black Hero

Tulipan Black Hero

Tulipan Black Hero

Tulipan Black Hero

Tulipan Queen of night

Tulipan Queen of night






Tulipan Blue Parrot

Tulipany Blue Parrot


Tulipan Aquilla zachwycił mnie zmiennością palety barw. Zakwitał na żółto, przekwitał delikatnym, pastelowym różem.



Tulipan Aquilla

Tulipan Aquilla

Tulipan Aquilla



Tulipan Clusiana





Tulipan Monsella






Tulipan Colour Spectacle








Tulipan Dordogne

Obwódka z szafirków powoli ustępuje miejsca kocimiętce

Dziś po tulipanach zostały już tylko zielone liście i łodygi, którym pozwolę spokojnie uschnąć pośród bylinowej zieleni. Jeszcze jakiś czas będzie się można nacieszyć czosnkami. Bardzo brakuje mi naparstnic, które tak pięknie się z nimi komponowały w zeszłym roku. Na zakwitniecie tych, które się wysiały trzeba będzie jeszcze poczekać.








 
Do tych wszystkich kwietnych radości doszła jeszcze jedna. Wreszcie nareszcie do ogródka można wejść nie tylko przez mieszkanie, ale również przez bramkę. Dzięki temu nasze kontakty z sąsiadami przybrały na sile i częstotliwości. Zapowiada się ciekawe lato.