niedziela, 7 grudnia 2014

Przepis na zmiany

Wszyscy rozpisują się o tym, jak przed świętami czas zwalnia, wszystko się uspokaja i wycisza. Tymczasem u mnie wszystko stanęło na głowie - restrukturyzacja w pracy, niekończąca się seria niespodzianek, to co jeszcze wczoraj wydawało się niemożliwe, dziś staje się nową rzeczywistością.

Zmiany, zmiany, ciągłe zmiany... I jak tu nie zwariować? Gdyby to była inna pora roku, szukałabym ukojenia nerwów w ogródku, ale zima nie daje tu wielkiego pola do popisu. I tak niezamierzonym skutkiem ubocznym nadmiaru pracy i podwyższonego poziomu stresu stało się gwałtowne zintensyfikowanie działalności kuchennej.

Na pierwszy ogień poszły kruche ciasteczka według starego, wypróbowanego przepisu mojej mamy. 

Kruche ciasto
2,5 szklanki mąki krupczatki
1 kostka margaryny/masła
4 żółtka
1 cukier waniliowy
3/4 szklanki cukru
2 łyżki gęstej śmietany
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wszystkie składniki lekko zagniatamy i tworzymy z ciasta kulę. Można dodać orzechy, kawałki czekolady, przyprawy korzenne, wiórki kokosowe. Co kto lubi. Ciasto schładzamy w lodówce lub zamrażamy. To samo ciasto jest podstawą mojej szarlotki.


Tym razem zrobiłam wersję z czekoladą i orzechami, która dodatkowo zyskała na urodzie dzięki uroczemu stemplowi.






Od kilku lat suszę (na grzejniku) owoce pigwowca, który rośnie w ogrodzie moich teściów. Ten pięknie kwitnący krzew rodzi małe, żółte, niezwykle aromatyczne "jabłuszka". Są bardzo kwaśne, bardzo twarde i mają bardzo dużo pestek. Trudno się je kroi, ale przy odrobinie wprawy, można uzyskać dekoracyjny i zdrowy dodatek do herbaty.



W tym roku owoców było niewiele, a ponieważ zostało mi jeszcze trochę suszonych z zeszłego roku, postanowiłam spróbować czegoś nowego i zrobić syrop do herbaty. Zasypałam drobno pokrojone owoce cukrem i odczekałam 3 dni, od czasu do czasu potrząsając słoikiem. Syrop okazał się strzałem w dziesiątkę. Część zalałam spirytusem z nadzieją, że wyjdzie z tego niezła nalewka, reszta powędrowała do lodówki. Był tak pyszny (idealne połączenie kwaskowatości pigwowca i słodyczy cukru) i cudownie pachnący, że po kilku dniach nic nie zostało. W przyszłym roku muszę skądś wykombinować więcej owoców i zrobić solidny zapas syropu na zimę.




Zachwycona efektami eksperymentów z pigwowcem, postanowiłam popróbować z pigwą, którą akurat znalazłam w supermarkecie (kraj pochodzenia Turcja). Wbrew pozorom, są to dwie różne rośliny, które znacznie różnią się rozmiarem, wyglądem i kolorem kwiatów, zapachem, kształtem i wielkością owoców, a przede wszystkim ich smakiem i zapachem. Mają jednak wiele podobnych właściwości. Nie nadają się do jedzenia na surowo, ale są świetne na przetwory i mają dużo witamin (kilkukrotnie więcej witaminy C niż cytryna). Pigwa jest jednak mniej aromatyczna, a na dodatek syrop z niej okazał się tak potwornie słodki, że całość przeznaczyłam na nalewkę. Według niektórych legend, to właśnie owocem pigwy Ewa skusiła Adama, ja jednak uległabym raczej kuszeniu pigwowcem.


Ponieważ jestem wielką miłośniczką herbaty z rozgrzewającymi dodatkami, zwłaszcza w zimie, od wielu tygodni chodził za mną syrop z imbiru. Przewertowałam internetowe zasoby, przestudiowałam całą masę przepisów i  na ich podstawie zrobiłam własną, dość ostrą wersję.

200g imbiru
1 l wody
2 cytryny
6 łyżek miodu

Imbir drobno pokroiłam i zmiksowałam z jedną szklanką wody. Do powstałego kremu dodałam sok i skórkę startą z cytryn oraz resztę wody. Całość gotowałam około 5 minut, a następnie przecedziłam i odstawiłam do wystygnięcia. Aby nie zabić tego, co najcenniejsze w miodzie dodałam go dopiero kiedy całość solidnie wystygła. Dla mnie takie proporcje są dobre, ale podejrzewam, że większości osób spodoba sie wersja z mniejszą ilością imbiru, a większą miodu (lub cukru).






A tymczasem ogród powoli stroi się w zimowe klejnoty. Ciekawe, czy w tym roku spadnie choć trochę śniegu na święta...