Jesień to chyba najbardziej fotogeniczna pora roku. Czaruje kolorami, subtelną grą rozproszonego światła i zawilgniętymi półcieniami. Aż się prosi, żeby chwycić do ręki aparat i uwieczniać te krótkie, magiczne momenty. Tylko jak to zrobić, żeby zdjęcie oddawało to, co chcielibyśmy na nim pokazać? Od pewnego czasu zakochana jestem w zdjęciach Kingi, która nie tylko genialnie fotografuje, ale też dzieli się tajemnicami swojego warsztatu na blogu Green Morning. I to właśnie jeden z jej ostatnich postów zainspirował mnie do tego, żeby w weekend trochę się powłóczyć po okolicy, poeksperymentować z aparatem i zobaczyć na przykład co się stanie kiedy zacznę fotografować pod światło.
Oczywiście efekty pozostawiają wiele do życzenia i raczej nie mam przed sobą przyszłości w branży fotograficznej, ale dzięki tej przechadzce odkryłam, cudne miejsce, które znajduje się dosłownie kilkaset metrów za moim osiedlem. Nigdy nie chodziłam w tamtą stronę, bo wydawało mi się, że jest tam tylko ciąg domów wzdłuż ulicy i jakieś chaszcze miedzy nimi...
| A myślałam, że to mnie Luby robi zdjęcia... |
Ale jak już się przez nie przedarłam moim oczom ukazał się inny świat...
| Podmokła łąka |
| Brzozowy zagajnik |
| Podobno w tym roku nie ma u nas grzybów |
Błagam niech nikt nam tego nie zabuduje kolejnym osiedlem, albo galerią handlową.